I. Skazanie na śmierć
Skazali za grzechy nie moje, niebyte,
do których przyznać się nie chcę,
Ludzie co mają twarze zakryte,
Ludzie co wciąż umywają ręce
Nie mieliby żadnej władzy nade mną
gdybym był bardziej wszechmocny.
Gdyby nie straże, broń tępa,
gdybym był bardziej obrotny.
II. Przyjęcie krzyża
Odrzucam ten krzyż prawie,
przyjmuję z wielkim żalem.
Krzyż co jest bezprawiem,
krzyż co jest skandalem,
Baty są sugestywne,
działają na mózg i nerki.
Idę do mniejszego bólu,
choć wiem że będzie wielki.
III. Upadek pierwszy
Zapomniałem patrzeć pod nogi,
zgrzytając że złości
i upadłem pod krzyżem
niesprawiedliwości.
Inni się tylko patrzą i śmieją,
zamiast pomóc, zapobiec.
Nad własnego życia breją,
przechodzą byle dopiec.
Że to nie moja wina -
- powiedzcie a uwierzę.
Nie mój krzyż,
nie mój upadek,
mówcie nawet nieszczerze.
Uważaj na upadki, bo się powtarzają -
- mówi jakiś stary grzyb,
którego nikt nie pytał o zdanie.
IV. Spotkanie z matką
Chociaż matka współczuje,
przynajmniej przy mnie staje,
gdy cierpię za winy niczyje,
grzechy których nie uznaję.
Może mądrości moich nie powtarza,
gdy wykazać niezbicie
okazja się nadarza
całego świata błędy.
Ale przynajmniej nie ucieka
przed sługami obłędu,
jak moi przyjaciele
byli.
V. Pomoc Szymona
Czemu zamiast wszyscy demokratycznie,
lub co najmniej społecznie,
to ja niosę krzyż faktycznie,
inni stoją bezczynnie.
Zmusili kogoś do pomocy,
mojej sprawie przegranej,
mojej sprawie tragicznej,
której tykać nikt nie chce.
Szymonie, czy chociaż ty rozumiesz,
choć patrzysz obrażony,
jak bardzo niesłusznie
niosę krzyż zamiast korony?
VI. Weronika ociera twarz
Dostrzegłem człowieka
gdy sam niewidzialny się stałem,
który cierpliwie czeka,
którego wcześniej nie widziałem.
Przyniosła chwilową ulgę
drobna chusta,
co ulżyła moim myślom
zanim prysła.
VII. Drugi upadek
Już zapomniałem, że upadam
i po raz drugi upadłem.
Przed tym mnie już nie ustrzegli,
w tym nie pomogli.
Drugi upadek był cięższy,
ale już teraz mówię, że mój.
To ja upadłem, a nie wszyscy wokół.
Ale też ja powstałem.
VIII. Płaczące niewiasty
Czemu płaczecie kobiety niemądre
nad losem przez życie chłostanego.
Czemu płaczecie,
zamiast śmiać się jak reszta.
Że życie smaga batami zamiast wysyłać kwiaty,
rzecz to nienowa.
Że życie to ciernie,
a wy byście chciały aksamit.
Płaczecie nad człowiekiem co właśnie odzyskuje wzrok,
a nie nad waszymi synami, głąbami.
Nad sobą zapłaczcie.
IX. Trzeci upadek
Przecież wyciągnąłem słuszne wnioski.
Przygotowałem się, co najmniej myślami.
Tyle konsekwencji, o siebie troski,
życie pisze scenariusz sznurami.
I ta myśl, co pali z całą mocą.
Po co wstawać, jak zaraz znowu będzie to samo.
Po co wyduszać ostatki sił? Po co?
Rzucić to wszystko mam ochotę potrójną.
Pomyślałbym nad tym więcej, ale przede mną jest góra.
Nie czas rozważań próżnych w myśli zrębach.
Do góry idę, przynajmniej tyle wskóram.
Bliżej nieba mnie przysuwa decyzja tępa.
X. Odarcie z szat
Odarli mnie ze wszystkiego,
wszystko co wstydliwe oglądają ludzie,
sami przecież ubrani.
A przecież wy wszyscy tak samo odejdziecie.
Nadzy i samotni.
A teraz się śmieją jak gdyby mieli żyć wiecznie,
sami śmiechu godni.
XI. Przybicie do krzyża
Zamiast mi go zdjąć,
jeszcze mi go przybili.
Przeklinam ból i ból zadających,
nawet nie mogąc im oddać.
Tylko myślami jeszcze mogę złorzeczyć
cieszącym się z mojego cierpienia.
A żeby wam się to samo trafiło!
Sprawiedliwej kary ani winy nie ma.
Jest tylko siła.
Jak chcecie tak mieć będziecie.
XII. Śmierć na krzyżu
Na krzyżu umieram.
Nie moja pora, nie moje miejsce.
Moja tylko śmierć haniebna
z rąk krzywdzicieli.
Jedyne co mam to śmierć
i moje cierpienie.
Pod koniec wzrok mój kieruję do góry.
Obok mnie krzyżują też jakiegoś nieszczęśnika.
Na kilka słów mi starczy tchu,
kilka słów przed śmiercią.
XIII. Zdjęcie z krzyża
Skoro śmierć przyszła, krzyża wystarczy.
Śmierć rachunki wyrównała.
Samo ciało już nic nie winne,
a krzyż to znowu kawałek drewna.
Gniew ludu się nasycił.
Życie granicą ich wzroku,
a śmierć jest kresem patrzenia.
Ale oni są biedni.
Ich przecież to samo czeka.
XIV Pochowanie w grobie
Ciekawe jest gdzie się znajduje przyjaciół,
którzy chowają moje ciało bezwolne, śmierdzące.
Dziwię się nawet pośmiertnie.
Trzeba pochować w grocie wolno stojącej,
rezultat swojego gniewu,
żeby nie widzieli ludzie na co dzień
co w sobie zamurowali.
Nie mi to potrzebne,
przecież mnie tam już nie ma.